Niedzielne Westerplatte



Niedzielne Westerplatte

Telefon wibruje na szafce. Niechętnie otwieram oczy. Jest niedziela. 5 rano. Co mnie podkusiło?
            Wyglądam przez okno. Wzrok mam mętny jak niebo dzisiaj. Ale patrzeć nie ma na co. Pusty plac zabaw. Piaskownica bez bab. Foliowa siatka przykleiła się do drzewa. Żadnego krzyku, żadnego klaksonu. Gdańskie osiedle tonie w ciszy.
Sąsiad z parteru leniwym krokiem prowadzi psa na smyczy. Odchyla maseczkę. Głęboko zaciąga się porannym papierosem. Spoglądam na szpaler drzew. Tuż za nim budynek w kształcie prostokąta. Ziemia obiecana.
            Zimna woda przywołuje mnie do rzeczywistości. Nakładam dres. Twarz zasłaniam chustą. Ruszam. Do pokonania mam 200 metrów w lini prostej. Dwa pasy ruchu, torowisko, osiedlowe schody. Czy to przeżyję?
            Mój entuzjazm kończy się wraz z pokonaniem ostatniego stopnia. Mrużę oczy. Ludzki wąż wije się przez parking. 2 metrowy odstęp jak od linijki. Idę i liczę. Cholera jasna! Będę dwudziesty w kolejce. Moje niedzielne Westerplatte.
            Delikatnie odchylam chustę. Spoglądam na faceta przede mną. Przyłbica mu zaparowała. Z wściekłością przeciera rękawem kawałek plastiku.
– Dzień dobry, pan ostatni? – pytam nieśmiało.
– A, nie wiem. Jakaś kobita tu stała. Ja jej nie będę pilnować kolejki! Co ja, kurde, jestem? Cygan jaki, czy co?
– No, to ja za panem… 
– Sobie poczekamy, kurde. Wie pan, co? 5 rano. Niedziela, kurde. I już się tłoczą!
– Tak, ciężko. Dobrze, że ten Lidl jest całodobowy...
– Ale, co ciężko? Za komuny, panie, to był porządek. A teraz? – Facet podnosi głos. Splata ręce na torsie.
Potakuję przez grzeczność. Kilka osób z kolejki odwraca się ostentacyjnie, jakbyśmy naruszali ciszę w bibliotece.
 Na parking wchodzi małżeństwo. Mężczyzna pcha wózek. Maluch zwiesił głowę. Maska zakrywa mu pół buzi. Ludzie niepewnym krokiem przechodzą przez środek parkingu.
– Chwila! Co jest? Kolejka, kurde, jest! No, co? Ja tu od 40 minut stoję!
– Ale my tylko do samochodu…
– Dobra, dobra! Już ja was znam. Że niby z wózkiem, to co? Że bez kolejki?
Jakaś kobieta odwraca się w kierunki krewkiego staruszka. Kładzie ręce na biodrach. Kręci głową. Ściąga maskę.
– Nie wstyd panu? Obcych ludzi zaczepiać?
– Porządek musi być, proszę pani.
– Zostaw pan tych ludzi w spokoju!
– Niech pani lepiej pilnuje swojego miejsca…
Kobieta prycha oburzona. Zakłada maskę i odwraca się plecami. Wszyscy patrzymy na drzwi frontowe. Za nimi ziemia obiecana. Niby na wyciągnięcie ręki, a jednak tak daleko.
Przez kolejkę ludzi przebiega pomruk. Ze sklepu wychodzi młody mężczyzna. Dźwiga cztery siatki. Ledwo idzie.
– Jeszcze więcej trzeba było kupić! Jeszcze więcej! – Staruszek krzyczy w jego kierunku.  
            Facet zatrzymuje się. Kładzie torby na ziemi. Kilka puszek fasoli turla się po betonie. Mężczyzna mruży oczy. Ściąga maskę.
            – Masz jakiś problem? – pyta.
            – Przez takich jak ty musimy czekać!
            – Słucham?
            – No, to słuchaj. Jeszcze więcej tej fasoli! Zgrzewkę weź następnym razem!
            Facet wygląda, jakby nie mógł uwierzyć, że to słyszy. Obrzuca krewkiego staruszka spojrzeniem, z góry na dół. Zastanawia się, czy podejść. W końcu macha lekceważąco dłonią. Zgarnia puszki z asfaltu. Naciąga maskę i chwyta za torby. Po chwili czerwone kombi zatrzymuje się obok kolejki. Kierowca uchyla okno od strony pasażera. Wyciąga środkowy palec. Odjeżdża z piskiem opon.
Przez kolejkę ludzi przebiega pomruk. Kobieta w masce wyciąga kciuk w stronę pojazdu.
            Starszy mężczyzna odwraca się gwałtownie. Na widok wyrazu jego twarzy robię krok w tył. Przez lekko zaparowaną przyłbicę widać mu żyły na czole. Oczy niemal wychodzą z orbit.
            – Widzi pan? Nie mają żadnego szacunku do starszych! Nic a nic. Młode gnojki. Mieszkania na kredyt, auta na kredyt. Wszystko na kredyt. Jakby, kurde, dzieci sprzedawali, to też by je brali na kredyt! Wyprane mózgi. Wszystko na kasę przeliczają. Gnojki… Za komuny, to był porządek. Brało się takiego delikwenta, proszę pana na komendę. I ścieżka zdrowia. Od razu inaczej myślał. A teraz? Klasa średnia, psia mać!
            Biorę głęboki wdech. Potakuję przez grzeczność. Moje niedzielne Westerplatte. Ziemia obiecana jest coraz bliżej. Liczę. Jeszcze 5 osób. Błagam, szybciej…
            Mężczyzna unosi palec. Bierze głęboki wdech. Kontynuuje:
            – Jeszcze coś panu, kurde, powiem. Oni już dawno mają szczepionkę. Ale mamy zdychać, rozumie pan? Wezmą sobie nasze pieniądze z emerytur. Żydo-komuna, proszę pana. Żydo-komuna. Zaplute karły reakcji…
            Tym razem już nie potakuję. Drzwi prowadzące do ziemi obiecanej są na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko wyjdzie ta pani. Jeszcze kilka kroków…
            Nareszcie! Wpadam  do sklepu jak tornado. Robię najszybsze zakupy w życiu. Wypadam zza zakrętu. Serce bije mi coraz szybciej. Wodzę wzrokiem po półkach. Jest! Przedostatnia paczka. Zbawienie. Z dumą idę do kasy. Pod pachą trzymam zafoliowane szczęście, 8 rolek papieru toaletowego.
            Wychodzę. Przyspieszam kroku. Starannie rygluję zamki w mieszkaniu. Osuwam się na kanapę. Jestem półprzytomny.
Moje niedzielne Westerplatte. Nie obroniłem psychicznej twierdzy. Nasiąkłem jadem. Ale ocaliłem życie. Zrobiłem zapasy. Przetrwałem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

JEZIORO

ZIEMIA

ŻURAWIE