Mosty


MOSTY

Monia mnie namówiła. Powiedziała, że nie mam się nad czym zastanawiać. Grześka rzucali po budowach jak jakiegoś kundla. Brał ten mój chłop trzy tysiące na rękę. I umowa śmieciowa. Oczywista oczywistość. Jak zapłaciłam za wynajem, opłaciłam rachunki i kupiłam jedzenie, nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.
            Monia często mi powtarzała, że Polska to piękny kraj, tylko żyć się w nim nie da. Dowody?. Morze, góry. Dobre jedzenie. Biurowce, apartamentowce,  wymuskane parki i skwery. Brak klasy średniej. Wyrzeczenia. Ceny jak w Dubaju. To nie jest kraj dla biednych ludzi.
Mówiła i mówiła. Wreszcie miałam dość słuchania i liczenia. Sprawdziłam tanie linie. 80 złotych za bilet. Jakiś żart. Ponad 2 godziny lotu i jestem w raju. W miejscu, gdzie szczęście jest na wyciągnięcie ręki. Tak mówiła Monia. Zapytałam z przekąsem, czemu wróciła? Skoro tam funty rosną na drzewach?
W odpowiedzi coś burknęła pod nosem. Że już dłużej tak nie mogła. Ale wiadomo. Tam jest raj na ziemi. Inne życie. Żebym się nie zastanawiała. Poza tym to pół mojej rodziny siedzi w Liverpoolu. Pomogą. Powiedzą, gdzie pracy szukać. Żebym się nie zastanawiała.
Zagryzłam wargę. Jak wytrzymam rozłąkę z moim 6-letnim wulkanem? Monia zaoferowała pomoc. Powiedziała, że będzie odbierać Michałka z przedszkola. Przechowa go do czasu powrotu Grześka z pracy. 20 złotych za godzinę. Bo przecież ja będę teraz w funtach zarabiać. Jakiś żart.
Pierwszy dzień lutego skuł mrozem gdańskie lotnisko. Przez popuchnięte oczy niewiele widziałam. Zapamiętałam małego człowieczka w niebieskiej kurteczce. Stał zaraz za bramkami. Machał. Ciągle pytał, czemu mama i tata płaczą. Miał rację. Przecież zaraz przylecą. Grzesiek złoży wypowiedzenie. Góra dwa miesiące. Damy radę.
Samolot oderwał się od ziemi. Przez popuchnięte oczy niewiele widziałam. Gdańsk żegnał mnie połyskującą pajęczyną świateł. Jakaś kobieta mnie pocieszała. Że ona, to tak już 7 rok. A pojechała na dwa miesiące. Że da się. Tylko trzeba mieć twardą dupę.
Zginęłabym trzy godziny później. Wujek Rysiek w ostatniej chwili złapał mnie za ramię. Miał niezły ubaw. Powiedział, że tutaj wszystko jest na odwrót. Jeżdżą nie tak, jak trzeba. Po lewej stronie. A kto to widział?
Wujek był dobrym człowiekiem. Poczciwym 55 latkiem. Mieszkał z Krysią i jej dwoma córkami. Wyszczekane nastolatki z nosami w Iphonach. Cześć, nie, tak, dziękuję, dobrze. Zaczęłam się zastanawiać, czy znają inne słowa. Rysiek tylko machał z rezygnacją dłonią. Był dobrym człowiekiem. Powtarzał, że nie chce słyszeć o dokładaniu do rachunków.
Wujek miał pasję. Ćwiczył codziennie. Zaczynał zaraz po powrocie z pracy. Dlatego ciotka Marylka odeszła. Mówiła, że i tak zrobiła to o 20 lat za późno.
Rysiek siedział w pustej jadalni. Drżącymi dłońmi wlewał kolejną porcję przeźroczystej cieczy do kieliszka. Ciężko wzdychał. Jakby nie chciał, a musiał to wypić. Ważne, że nie krzyczał.
Czasem pytał, co u mnie. Odpowiadałam, że w porządku. Robota jak robota. Od szóstej do czternastej. W ciągu dwóch tygodni jeszcze ani razu nie rozmawiałam po angielsku. Przy taśmie Polacy. Kierowca autobusu z Sosnowca. W polskim sklepie za ladą pani Mircia z dwójką córek. Rysiek uśmiechał się krzywo. Że tak to już jest w tej ich Anglii. 17 województwo.
Potakiwałam. Zamykałam drzwi od pokoju. Opadałam na materac. Płakałam w poduszkę. Czasem godzinę, czasem dłużej. Potem starannie myłam twarz. Nakładałam puder. Robiłam lekki makijaż. Uśmiechałam się do lustra. I byłam gotowa do rozmów przez Skype.
280 funtów na rękę. Tygodniowo. Za pakowanie papryk do kartonów. A jak się przyciśnie, to i 400 można wyjąć. Grzesiek nie wierzył. Mówił, że ma to w nosie. Jeszcze dwa miesiące i zobaczy Polskę we wstecznym lusterku. Że tutaj nie da się żyć. Że to dziki kraj.
Michałek malował mi laurki. Pokazywał karteczkę do kamery komputera. Trzy czarne kropki i prostokąt. Mama, tata i on przed domem. Powiedziałam, że coś się stało z internetem. Że zaraz oddzwonię. Zamknęłam laptopa. Dopadłam do łóżka. Płakałam. Waliłam pięściami w materac. Jeszcze dwa miesiące. Przecież kupili bilety. Widzimy się 4 kwietnia. Damy radę.
Co czułam, jak zaczął walić się świat? Najpierw wszystko wypierałam. Przecież nic się nie dzieje. Ten wirus jest gdzieś daleko, gdzieś, gdzie nawet nigdy w życiu nie będę. W życiu do nas nie dotrze. Potem było niedowierzanie. Jak to pierwsze przypadki w Europie? Pewnie sporadyczne. Kilka osób zachoruje i po sprawie.
A potem zawalił się świat. Wszyscy wprowadzali ograniczenia, a ja wracałam z pracy zatłoczonym autobusem. Liverpool tętnił życiem. Ludzie w parkach. Imprezy w pubach. Kierowca z Sosnowca się wściekał. Mówił, że politycy pieprzą o odporności stadnej, a królowa pierwsza ewakuowała się do zamku na wieś.
W pracy z głośników nad sufitem leciały skoczne melodie. O pełnej godzinie zawsze nadawali wiadomości. Liczba zgonów przekroczyła 10 tysięcy. Potem 15, 20, 25….  Kończyły się wiadomości. Wracały radiowe przeboje.
Naprzeciwko mnie przy taśmie pracował Kazik. Fajny chłopak po 40. Wyjechał w poszukiwaniu lepszego życia. Żona została z dziećmi w Katowicach. Kazik harował jak wół. Zawsze brał nadgodziny. Mówił, że to żeby  dom wykończyć. Że  to dla córek i żony, bo jemu to niewiele w życiu potrzeba. Jakiś materac, ciepła woda i lodówka. Kazik dużo czytał. Zadziwiająco dużo jak na „fabryczanina”. Bo tak o sobie mówił.
A potem Kazik się źle poczuł. Zwolnili go do domu zaraz po rozpoczęciu zmiany. Docierały do nas szczątkowe informacje. Stan ciężki. Respirator. Przeniesienie do innego szpitala. Trzy tygodnie się męczył. Trzy tygodnie. Nawet nie miał pogrzebu.
Z głośników nad sufitem grały skoczne melodie. Ale ludzie gadali. Domagali się informacji. Podobno znowu kogoś odesłali do domu. Podobno pod fabrykę przyjechała karetka. Podobno wszyscy niedługo umrzemy…
W końcu przyszedł jakiś ważniak z samej góry. Stanął na środku hali w rozkroku. Zebraliśmy się w kółku. Czytał z kartki. Że Kazik był bardzo dobrym pracownikiem. Że jest im niezwykle przykro i składają kondolencje rodzinie. Potem z głośników nad sufitem grały skoczne melodie. Papryki zjeżdżały z linii w jednostajnym tempie.
A potem zawalił się świat. Odporność stadna jednak nie zadziałała. Wszystko pozamykali. Poza fabrykami żywności. Staliśmy się brytyjską elitą. Kluczowymi pracownikami dla gospodarki. My, „fabryczanie”.
Wujek Rysiek pił coraz więcej. Kazali mu siedzieć w domu. Dostał 80 procent pensji. Wychylał kolejne kieliszki. Złorzeczył przed telewizorem. Że nie ma żadnego wirusa. Że szpitale puste. Że to tylko wymysł elit. Masonerii.
Nie wytrzymałam. Wrzasnęłam, żeby powiedział to żonie Kazika i jego córkom. Do jadalni wpadła Krysia. Żebym awantur w jej domu nie robiła.
A potem zawalił się świat. Loty wstrzymane. Lotniska pozamykane. Michałek pokazywał mi do kamerki kolejne laurki. Mama, tata i on. W zoo. Na plaży. Na placu zabaw. Płakałam w poduszkę. Waliłam pięściami w materac.
Napisałam post w grupie na Facebooku. W ciągu 30 minut dostałam 50 odpowiedzi. Że wielka dama poleciała do Anglii, a teraz wraca z podkulonym ogonem. Że skoro tam wyjechałam, to mam tam siedzieć. Że Polska mnie nie potrzebuje, że Ojczyzny się nie zostawia. Żebym nie szukała transportu, bo przywlokę do kraju wirusa. W końcu napisał do mnie Adam. Schodzi z nocki i rusza samochodem do Szczecina.
Wpadłam do pokoju. Zgarnęłam rzeczy do plecaka. Na odchodne usłyszałam od wujka Ryśka, że niezła ze mnie panikara. Wirus to wymysł elit. Szpitale puste. Nic się nie dzieje. Krysia powiedziała, że taka sprytna jestem. Przyjechałam. Wody naciągnęłam, prądu zużyłam. A teraz wyjeżdżam z jakimś obcym facetem. Że jak dla niej, to za sprytna jestem.
Rzuciłam jej w twarz banknotami. Przez uchyloną szybę samochodu wystawiłam środkowy palec. Żeby mieć pewność, że spaliłam za sobą wszystkie mosty.  
Adam był dobrym kierowcą. Spieszył się do żony. Miała niedługo rodzić. Zasnął tylko raz, na holenderskiej autostradzie. W ostatniej chwili złapałam za kierownicę. Skosiliśmy dwa gumowe słupki. Po wszystkim powiedział, że to Bóg mnie zesłał.
W końcu granica. Most na Odrze. Korek. Mierzenie temperatury. Wszyscy w maskach. Wypełnianie dokumentów. 2 tygodnie kwarantanny. Nieważne.
Wybiegłam z samochodu. Adam krzyczał, żebym uważała. Przez załzawione oczy niewiele widziałam. Parking. Zielone kombi. Mały człowiek w niebieskiej kurteczce. Michałek trzymał w rączce laurkę. Czarny prostokąt i trzy kółka. Mama, tata i on. Na moście. Trzymają się za ręce. Wracają do domu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

JEZIORO

ZIEMIA

ŻURAWIE