JEZIORO


JEZIORO



Dzień dobry, sąsiedzie. A dziękuję. Nastawili mi te kręgi i od razu lepiej. Energia wróciła i aż chce się ruszyć z chałupy. Tak, Chińczyki. Zdolne bestie! Za kark, sąsiedzie, ta babka mnie złapała. Jak trzasnęło! Myślałem, że już nigdy nie będę chodzić. A, tu proszę. Gimnastykę rano zrobiłem. Parę skłonów i przysiady. Zdolne bestie te Chińczyki!
A pan, co? Na ryby widzę. Siatki są, przynęta w wiaderku. Zawodowo! Nie, sąsiedzie. Ja już nie łowię. Nie mam cierpliwości patrzeć na spławik. Wolę na pomoście posiedzieć. Na jezioro popatrzeć, na trzciny. W niebo nie muszę. Chmury odbijają się w wodzie. I tak płynął te obłoki. A niektóre postrzępione, poplątane. Trochę jak życie.
Widział pan, sąsiedzie? Łabędzie mają cztery młode. Trochę chleba wziąłem. A, nie, nie. Wcale się nie boją. Ze dwa dni temu tak blisko podpłynęły, że mógłbym bestie za dzioby złapać. Ale matka przezorna, młode za skrzydłami schowała. Najpierw samca wypuściła. Takie to są inteligentne bestie! Trochę mi ludzi przypominają. Nieufni tacy, dzieci pod kloszem trzymają. A, tam! Żadne takie czasy, sąsiedzie. Po podwórku z kluczem na szyi biegałem. Stało się co złego? Ludzie teraz jak te łabędzie. Przewrażliwieni. Za uboczu siedzą. Dzieci pod kloszem chowają.
Ale przez płot widziałem, że wnuki przyjechały? Nie, nie przeszkadzają. A niech krzyczą! Przecież to dzieci. Ja, sąsiedzie, to lubię ciszę tylko rano. Jak nad jeziorem siedzę. Słyszę trzciny na wietrze, ptaki. Ale jak wracam do chałupy, to niech się coś dzieje. Niech krzyczą te dzieciaki. Bo u mnie, to czasem trochę za cicho.
A, sąsiad słyszał? Jezioro sprzedane. Oj, nie, nie! Prywatne teraz. No, pamięta sąsiad tych Niemców? Na Ogrodowej kupili dwie chałupy. Z sołtysem gadałem. Specjalne ryby tu wpuścili. Mają zeżreć te trzciny, bo jezioro zarasta. Mnie też nie przeszkadzają, ale widzi sąsiad, jak to jest. Własność prywatna. Wszystko w tym kraju sprzedają. Takie to są bestie!
Co? Chyba sąsiad żartuje! Proszę łowić, śmiało. Tablicy żadnej nie ma, nie ogrodzili. I tak będę tu przychodził. Na jezioro popatrzeć. Ptaków posłuchać. No i te chmury oglądać. Jak ogrodzą, to razem ten płot rozwalimy! Nie będą nam się tu obce mordy panoszyć! Mam rację, sąsiedzie?
Wnuki? No, przecież. Dwójkę mam, sąsiedzie. Zuzia 6, a Oleg 10. Piękne mam te wnuki! A, ja wiem? Kiedyś tak nie było. Człowiek miał czas poza pracą. A teraz? I tak mówię Łukaszowi. Zwolnij trochę. Przyjedź, nad jezioro pójdziemy. Pogadamy, łabędzie pokarmimy. Już pal licho! Na ten spławik się pogapię. Tylko przyjedź, weź dzieciaki. Ale on zagoniony. Dowalili mu tych alimentów! Sądy jak za komuny. Z czego on ma to płacić, ja się pytam? Z czego? Przecież się nie rozdwoi…
Wie sąsiad. Dzieci szkoda. Pamiętam, jak kiedyś przyjechali. Zuzia przybiegła na werandę. Sukieneczkę miała w groszki. I jak modelka, sąsiedzie! Okręciła się. Powiedziała, że od mamy dostała. Taka mała kokietka. No i widzi sąsiad, jak to jest. Oleg ma 10 lat. Komórkę mu kupili. To tak trudno do dziadka zadzwonić? Pogadać chwilę. No, nie zadzwonił, sąsiedzie.
Jak tu kiedyś przyjechali, to mój Łukasz był taki… inny. Kawę wypił, z dzieciakami polatał po działce. I tak zerkał na tę swoją Dominikę. A ona nic. Siedziała na werandzie, ręce splotła. Na ogród patrzy. Dopiero się obudziła, jak róże zobaczyła. Pytała, jaka to odmiana. Gdzie kupiłem, jak na zimę zabezpieczam. Taka, sąsiedzie, się nagle zrobiła zainteresowana. Bo ona architekturę krajobrazu kończyła. Do matki do Torunia jeździła. Ogród jej pielęgnowała. A Łukasz w robocie. Wiecznie w robocie. Samochód w leasing wziął. Dom w kredycie. I co mu z tego domu, sąsiedzie? Szkoda, że im nie wyszło.
Widzi sąsiad, jak to jest. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jak już odjeżdżali, to Łukasza wziąłem na stronę. Żeby uważał. Bo jak kobieta wzrok w podłogę wbija, to nic dobrego nie wróży. I wykrakałem. Dziękuję, sąsiedzie, za dobre słowo. Może jakoś się ułoży. Młody jest.
A nas z Danką, to codzienność zabiła. Przyszła niespodziewanie jak te bóle w krzyżu. Za serce złapała i już nie puściła. 27 lat życia, a potem z dnia na dzień nie ma o czym gadać. Tylko telewizor wiadomości nadaje. Zamachy, wybuchy, komuś głowę odrąbało. I tak w kółko, sąsiedzie. Dzień w dzień to samo.
Kiedyś Danka przyjechała, to jej kawę zaparzyłem. Kubek wzięła, wzrok w ogród wbiła. I tak siedzieliśmy na werandzie. Ale wspólna cisza lepsza niż pusta chałupa. Człowieka obok trzeba, sąsiedzie. Człowieka.
Tak patrzę na to jezioro. Na te chmury i trzciny. I jakbym Sławka widział na drugim brzegu. A, kolegę z dawnych lat. Po Alpach mnie kiedyś przegonił. W Himalajach się wspinał. I zawsze mi powtarzał, że co to za życie bez pasji. Że w sercu trzeba mieć ogień. Bo bez tego się kapcanieje. Ale ja wiem, sąsiedzie?
Sławek kiedyś wrócił z wyprawy. Miesiąc męczyli wschodnią ścianę Dhaulagiri. I mu lekarz powiedział, że z sercem, to będą kłopoty. Żeby dał już spokój. Z żoną i dziećmi posiedział.
I posiedział. Pół roku wytrzymał. Mówił, że to narkotyk. Że tam się z Bogiem spotyka. I pojechał, sąsiedzie. Pojechał.
Jak go żegnali, to ksiądz powiedział, że Sławek już nie musi gonić za Bogiem. Że razem na tych szczytach siedzą. Ale, czy ja wiem, sąsiedzie? Dzieci zapłakane, żona w depresji. Komornik za rogiem. I tak sobie myślę. A może ta pasja nie była od Stwórcy?
Na emeryturze? A dobrze, sąsiedzie, dobrze. Do roboty nie trzeba wstawać. Tylko mnie czasem łupie. A, bo całe życie człowiek ucieka. W pracę, w góry. A potem jak już czasu więcej, to kłopot, sąsiedzie. Bo samemu ze sobą trzeba pogadać. Bilans zrobić. I nawet ten ryczący telewizor nie jest w stanie jej zagłuszyć. A ona się odzywa. Żąda wyjaśnień. Kąsa na starość ta dusza…
No, tośmy pogadali! Niech już sąsiad płynie, bo nas tu południe zastanie. A ja jeszcze posiedzę. Łabędzie pokarmię. Popatrzę na jezioro, na trzciny. Może Sławka zobaczę?
I tak sąsiadowi powiem na koniec, że czasem mnie nostalgia dopada. Za tym kluczem na szyi, za utraconym życiem.
Bo człowieka obok trzeba. Człowieka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ZIEMIA

ŻURAWIE